Każdy chodzi do szkoły lub chodził. Szkoła jest jak prawo dżungli, przetrwa najsilniejszy i nie chodzi nawet o sprawność fizyczną, jeśli masz mocną psychikę i spryt możesz wygrać. Mój znajomy Łukasz niedawno sprawił, że cała szkoła śmiała się z największego popularsa w tej szkole, co najlepsze nie poniósł konsekwencji. Jego plan był tak dobrze zaplanowany, że nikt nawet nie pomyślałby o tym, że on to zrobił. W końcu to tylko kujon, który uwielbia chemię. Łukasz wbrew pozorom jest sarkastycznym dupkiem, który na wszystkich z klasy ma jakiegoś haka, dlatego jeszcze nigdy od nikogo mu się nie dostało. Jest niemal nietykalny. Na szczęście jestem jego dosyć dobrym "znajomkiem". W każdym razie chodzi o to, że jeśli się postarasz możesz być w szkole kim tylko chcesz. W życiu też tak jest, więc pomimo nienawiści do szkoły w jakiś sposób ona uczy. Jest dosyć brutalna, ale czy życie też takie nie jest?
- Sammy! Chodź tam! - Zuzka wzięła mnie pod rękę ciągnąc w stronę chyba najwyższej karuzeli w tym parku. Dreszcz przebiegł po moim kręgosłupie i jestem pewna, że zrobiłam się blada jak ściana.
- Okey, w takim razie potrzymam ci torebkę, a ty baw się dobrze. - Powiedziałam nieco przerażona.
- Nie ma mowy! Kupiłam już dwa bilety. Idziesz ze mną. - Zarządziła, a ja patrzyłam na nią zdezorientowana. Myślałam, że się przesłyszałam, ale zanim zdążyłam jakkolwiek zareagować, pasy od kolejki górskiej już się zamykały. Pisnęłam zaskoczona patrząc na Zuzkę z przerażeniem.
- Chcę wyjść! - Krzyknęłam, ale było za późno, bo kolejka już startowała. Moje serce przyśpieszyło. Biło z zawrotną prędkością, nawet nie wiem czy nie szybciej od prędkości kolejki. Bałam się. Nogi zaczęły mi drżeć. Wiedziałam, że jestem bezbronna i, że nie mogę nic zrobić. Poczułam jak wysoko jestem dopiero w chwili kiedy byliśmy już na najwyższym punkcie kolejki gdzie miała ona potem zjechać szybko w dół, w pozycji prawie, że pionowej. Zamarłam. Zacisnęłam palce mocno na barierce, a usta przegryzłam do krwi. Skuliłam się i zacisnęłam mocno oczy. Czułam jak szarpie mną na boki i jakby grawitacja nagle przestała istnieć. Mam cholerny lęk wysokości! Kolejka zatrzymała się, a ja otworzyłam oczy. Siedziałam wyprostowana, oddychając szybko i patrząc na wprost.
- Widzisz? Nie było tak źle. - Powiedziała towarzyszka siedząca obok. Popatrzyłam na nią jak na idiotkę.
- A może było. - Powiedziała z dozą niepewności i winy w głosie.
- Okey, żyję i nic mi nie jest, więc nie jest tak źle. - Stwierdziłam zdyszanym głosem. Serce nadal biło mi mocno, a stres nadal mnie trzymał, jednak poczułam pewną ulgę, ogromną ulgę. Wysiadłam z kolejki i miałam ochotę położyć się na ziemi. Dopiero teraz poczułam skurcz w żołądku i zawroty w głowie. Szybko usiadłam na pobliskiej ławeczce. Zuzanna przyłączyła się do mnie z uśmiechem patrząc na park rozrywki.
- Nienawidzę cię. - Poinformowałam ją, ale ona tylko się zaśmiała nic sobie z tego nie robiąc. Oczywiście ogólnie to jej nie nienawidzę, tylko jakoś w tamtym momencie naszła mnie chęć przywalenia jej czymś ciężkim w łeb. Na przykład taką łopatą. Przez kilka minut uspokajałam swoje bijące serce po czym wreszcie zaczęłyśmy wracać do naszych domów. Rozdzieliłyśmy się już na samym początku. W końcu mieszkamy w dwie zupełnie przeciwne strony. Pomachałam jej, po czym zaczęłam iść w swoją stronę. Słońce świeciło mocno dając z siebie wszystko. Na podwórkach widziałam bawiące się dzieci, które z całych sił wykorzystywało początek wakacji. Powietrze było suche, a ja marzyłam, by dotrzeć do domu i zaszyć się w swoim pokoju. Nie lubiłam takich upałów. Moje stopy po niewielkim czasie zaczęły mnie piec. Widocznie podeszwa sandałków nagrzała się od chodnika, na który cały czas świeciło słońce. Po paru minutach wreszcie zobaczyłam swój dom. Był dosyć duży, ale nie dziwię się. Nie dość, że mieszka tam moja czteroosobowa rodzinka, to jeszcze dziadkowie. Otworzyłam drzwi. Mieszkanie wydawało się być puste. Weszłam do środka i zdjęłam buty. Na boso przeszłam cały korytarz i weszłam do salonu, gdzie było wyjście na tyły domu. Tak jak myślałam, wszyscy tam siedzieli. Dziadek wylegiwał się na hamaku, babcia prowadziła konwersację z mamą, a moja siostra rozłożyła sobie koc i opalała się w samym stroju kąpielowym. Tata pracował dzisiaj do wieczora, więc go nie było. Westchnęłam i poszłam do łazienki, czułam się źle w takie upały, a prysznice były zawsze zbawienne. Kiedy już się umyłam dołączyłam do rodziny, którą kocham mimo wszystko. Dziadek można powiedzieć, że jest uparty, on wie najlepiej i zawsze pierwszy pcha się do pracy. Nie wiem z czego to wynika, być może bycie emerytem mu się znudziło, babcia za to jest spokojną, opanowaną kobietą. Wszystko przyjmuje z zimną krwią. Ma bardzo dobre rady. Mama jest bardzo opiekuńcza i wszystkim się przejmuje. Stres towarzyszy jej często. Mój tata uwielbia żartować i ma w zanadrzu mnóstwo żartów. No i moja siostra Mary. Szkoda gadać. Ma 26 lat i nadal mieszka z nami. Nie ma męża. Po tym jak rzuciła swojego chłopaka nie chce szukać nikogo innego. To nie tak, że tamten chłopak złamał jej serce czy coś, po prostu lubi być sama. Jest fanem imprez oraz jedno nocnych przygód. Jest bardzo pewna siebie i lubi majstrować przy samochodach. Być może to dlatego jest sama. Faceci lubią być samodzielni i pokazywać jak bardzo męscy są, ale to trochę trudne kiedy twoja dziewczyna jest jeszcze bardziej męska. Mary jest piękną kobietą. Wysoka, z długimi nogami, jest szatynką. Ma blade zielone oczy, ładną cerę, a jeśli chodzi o jej usta to nie jeden facet o nich marzył. Nie są może bardzo duże, ale bardzo ładne, Mary uwielbia podkreślać je mocno malinową szminką.
Przykucnęłam przy niej i popchnęłam w bok.
- Przesuń się trochę. - Powiedziałam. Mary spojrzała na mnie dziwnie, ale w końcu się przesunęła. Położyłam się obok niej. Nie rozumiem. Ona umie leżeć na słońcu kilka godzin, a ja nie umiem wytrzymać kilku minut.
- Jak tam sis? - Spytała mnie swoim ciepłym głosem.
- Gorąco. - Jęknęłam tylko w odpowiedzi. Mary się zaśmiała odwracając głowę w moją stronę.
- Na przeciwko wprowadził się jakiś chłopak, może go odwiedzisz? Pewnie ciężko mu zawrzeć jakieś znajomości. - Zaproponowała Mary poruszając swoimi brwiami. Posłałam jej wątpiący wyraz twarzy, ale ona chyba oczekiwała odpowiedzi, bo wpatrywała się we mnie.
- Maaary, wiesz, że jestem nieśmiała, poza tym czy ty chcesz się mnie pozbyć? - Spytałam oskarżycielsko siadając, bo naprawdę miałam już dość tego słońca.
- Rozgryzłaś mnie. - Przyznała, a ja prychnęłam podnosząc się z kocyka. Mama uśmiechnęła się tylko do mnie nie zaczynając ze mną nawet rozmowy, a ja weszłam z powrotem do domu. Najpierw skierowałam się do kuchni. Włączyłam radio, po czym tanecznym krokiem ruszyłam do szafki, z której wyjęłam wysoką szklankę. Wykonałam zgrabny obrót i postawiłam naczynie na blacie. Robiąc "schodki" znalazłam się na poziomie zamrażalki. Wyjęłam z niej kostki lodu i kręcąc biodrami wyprostowałam się. Wyjęłam jeszcze z lodówki cytrynę, a po drodze do blatu i mojej szklanki zerwałam jeszcze kilka listków mięty. Wrzuciłam 4 kostki lodu do szklanki i popatrzyłam na nie zastanawiając się nad jeszcze jedną kostką. Ostatecznie w szklance znalazło się 6 kostek lodu. Nucąc pod nosem wlałam do szklanki oranżadę. Wrzuciłam wszystkie listki mięty i wycisnęłam prawie całą cytrynę, lubiłam kwaśne rzeczy. Odłożyłam resztę lodu do zamrażalki, a pozostałości po cytrynie wyrzuciłam. Robiąc jeszcze jeden obrót odsunęłam szufladę i wyjęłam z niej słomkę, którą wsadziłam do napoju. Chwyciłam w dłoń szklankę, która była już lodowata i powoli zaczęłam pić rozmyślając nad tym kto wprowadził się naprzeciwko. Ten dom stał pusty od ponad 5 lat. W końcu zaczęłam iść do mojego pokoju gdzie usiadłam na łóżku, oparta o ścianę. Wyjęłam spod poduszki książkę i zaczęłam ją czytać. Zostało mi tylko 100 stron, więc skończę ją szybko, dobrze, że mam kolejne pięć książek, bo chyba bym się zanudziła. Jestem molem książkowym, pożeram książki jak lody w lato. Wszyscy mi się dziwią, no bo jak można czytać w wolnym czasie?! Dla większości książki nie są przyjemnością. Światło wpadające przez drzwi balkonowe przeszkadzało mi. Wstałam z ociąganiem, by opuścić rolety, a wtedy zobaczyłam dom na przeciwko. Zazwyczaj opustoszały i cichy. Teraz jednak stało przed nim wiele pudeł. Wytężyłam wzrok i zobaczyłam chłopaka, który wyszedł z mieszkania. Sięgnął po kolejne pudło, a ja przyglądałam mu się ciekawie. Nie wiem czy był wysoki, ale z pewnością był szczupły. Kiedy wyprostował się z pudłem w rękach, spojrzał prosto na mnie. Spanikowałam i skoczyłam na bok potykając się o dywan. Próbowałam się złapać parapetu, ale tylko pogorszyłam sprawę, bo ściągnęłam doniczkę z kaktusem.
- Debilka. - Skarciłam sama siebie powoli podnosząc się na kolana. To nie wyglądało dobrze. Ziemia powchodziła w błękitny dywan i jestem pewna, że szybko się jej stamtąd nie pozbędę. Kaktus wypadł na podłogę i pewnie zaraz zdechnie, biedna roślina, a doniczka była rozbita na pięćset milionów kawałeczków. Jesteś genialna Samantha'o Brown!!
-------------------------------------
THE END PROLOGU :D Mam nadzieję, że się podobało :D JESZCZE JEDNO WAŻNE PYTANIE DO WAS: CZY CHCECIE, ŻEBY TO OPOWIADANIE BYŁO TROSZKĘ SCIENCE FICTION, CZY MOŻE ŻEBY BYŁO NORMALNE?


Zapowiada się ciekawie �� czekam na następne roździały . Dalej mi szkoda że tamto opowiadanie się skończy no ale trudno żyje się dalej �� jestem ciekawa czy mój opis Ci się spodabał ?
OdpowiedzUsuńpozdrawiam M ( będę się podpisywać albo ,,M" albo ,, Mania " ale pamiętaj to tak czy siak ja ;) ) .
No czekam na następny rozdział:*
OdpowiedzUsuńCzekam na kolejny rozdział
OdpowiedzUsuń